W parku

Słońce pada równo na wszystkich – na mnie i [M.] na pledzie, na nasze książki, rozgrzewa nasze Cole. Na dziewczynę z przypakowanym chłopcem z tatuażem na łydce, którzy rozłożyli swój koc blisko nas, na parę siedzącą nieco dalej na pompowanych leżakach, na czwórkę ludzi po dwudziestce będących w parku na podwójnej randce, na Darka i jego rodzinę grillujących przy stoliku, na muzułmanów grillujących gdzieś na horyzoncie. Na każdego, kto nie szukał tej niedzieli cienia lub go nie znalazł.

[M.] czyta „Pypcie na języku”, chichocząc co chwilę pod nosem. Mi do śmiechu nie jest. Hłasko skończył mi opowiadać o budowniczych mostu, teraz przedstawia historię paraliżowanego strachem człowieka, który jest już tylko „czymś, co straciło oczy, serce i duszę, a pozostało tylko kupką strachu”. A park zaczyna nam coraz głośniej opowiadać swoje historie.

Brat Darka przerwał wędkowanie, by wypić z matką, Darkiem i jeszcze inną kobietą (to chyba jego żona. A może siostra?) po kieliszeczku. [M.] wyrywa mnie ze świata kreślonego przez Hłaskę (aż dziw bierze, że wówczas zaledwie 20-letniego) i zwraca uwagę na brata Darka. – On zaczepia tego gościa – mówi. A ja zerkam jak próbuje nawiązać dyskusję z przechodzącym przez park mężczyzną z amstaffem. Brat Darka uświadamia mu dość natrętnie, że to nie amstaff, bo on całe życie hoduje te psy i się zna. Mężczyzna z psem krok za krokiem oddala się od brata Darka, a ten, chwiejąc się nieco, próbuje niwelować rosnący dystans. Rozchodzą się wreszcie, a nachalny specjalista od amstaffów rzuca na odchodne: „ale to i tak bardzo ładny pies” i wraca do rodziny.

Dziewczyna, która przyszła do parku z chłopakiem z tatuażem na łydce zasypuje go opowieściami. Relacjonuje wczorajszą noc, on, dużo mniej rozmowny, cierpliwie słucha. „No i wylądowałam na Pradze Południe. Kiedyś często bywałam na Pradze, ale wiesz, Południe to zupełnie innych klimat” – konstatuje. Para z leżaka zwraca uwagę na grillujących w oddali muzułmanów. „Patrz, ciekawe co oni grillują, przecież nie jedzą kiełbasy” – zauważa ona. „Może wołowinę?” – wypala on, nie znajdując mądrzejszej odpowiedzi. „Na bogato” – kwituje ładniejsza połówka tej pary. Cokolwiek by to nie było, muzułmanie narobili strasznego dymu, który szczypał w oczy i nas, a polewanie węgli wodą wcale nie poprawiło sytuacji.

Przy stoliku Darka pada propozycja zakładu. „Ale od jutra, o tysiaka. Zakład?” – pyta brat Darka. „No o tysiaka, mogę pić bezalkoholowe. Jak przegram to ubierzesz się za tego tysiaka od stóp do głów” – namawia Darka, który jednak nie daje się przekonać. Ciekawe czy słyszała to jedna z dziewczyn z podwójnej randki, która niedawno na torebkę wydała 700 złotych. „A są i takie po 3 tysiące” – usprawiedliwia się przed drugą parą. I zaznacza, że tak poza tym to torebka na lata. „A w domu wiszą chyba ze cztery” – chwali się lub żali jej chłopak.

A tymczasem Darek się obraża. Odchodzi od stolika, pędzi za nim brat. „W poniedziałek do roboty” – wyjaśnia motywy ucieczki Darek, ale poddaje się i wraca do rodziny. „Darek, idź se buzie obmyj” – mówi z troską ktoś z najbliższych. A Darek słucha i bardzo niepewnie zmierza do stawu. I ja, i [M.] i dziewczyna od drogiej torebki, i dziewczyna przeżywająca wczoraj przygody na Pradze Południe, i para zainteresowana przed chwilą dietą wyznawców Allaha – przerywamy nasze zajęcia, by obejrzeć jak to się skończy. Darek opłukał dokładnie twarz, a w zasadzie całą głowę, przypłacając to jedynie zamoczeniem butów i spodni do kolan. Mogło być gorzej, chwilę wcześniej, jakiś metr od miejsca toalety Darka, jakiś pan pokazywał córce coś w wodzie i wyjaśniając lub nieco przejaskrawiając prawdę – tego się nie dowiemy – mówił że to, co jej pokazuje, to szczury wodne.

Darek wraca odświeżony. Kobieta będąca żoną, a może siostrą jego brata, robi mu zdjęcie, a ten rozkłada ręce niczym maratończyk wbiegający na stadion Panatinaikos. Chwilę później znika kobieta robiąca Darkowi zdjęcie smartfonem. Wraca wyraźnie zła. „W dupie mam twoje przeprosiny, wszyscy słyszeli jak mnie obraziłeś. Nalej mi najlepiej na łeb, żebym zrozumiała” – ciska gromami w stronę brata Darka. Ten po chwili zakłada koszulkę i znika gdzieś w parku.

Minie jeszcze kilkanaście minut nim głos przy stoliku Darka zabierze siedząca do tej pory cicho i chyba posępnie najstarsza kobieta. Matka zarządza koniec rodzinnego grillowania. Z hałasem zbiera puste butelki i wyrzuca do śmietnika, a to, co da się jeszcze zjeść lub wypić pakuje do dużej, materiałowej torby z Auchan. Rozgląda się jeszcze swoim matczynym wzrokiem czy chłopcy czegoś nie zostawili i odchodzi z rodziną od stolika. Darek ledwie sobie radzi z niesieniem torby, ale przecież jest tu jedynym mężczyzną. Dba o matkę, nie będzie za nim toreb nosić. Gdy znikają w alejce słychać jeszcze kobiecy krzyk: „Darek, uważaj”. I ulatniają się z naszego życia, a w parku po ich spędzanej w rodzinnym gronie niedzieli zostaje tylko grill.

[R.]

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.